Posts Tagged ‘władza’

Dzień 679: Pułapka

12 marca 2009


ZYCIE NIE BUFET ZEBY TYLKO ZREC
Cały gmach wypełniony jest charakterystycznym zapachem. Mieszają się syntetyczny chłód klimatyzacji z ledwo wyczuwalną wonią starego jedzenia i środków czystości. Kamienne szerokie pasaże i podesty, dyskretne światło, cicha, łagodna muzyka. Spokój. Pusta świątynia we wczesne, środowe przedpołudnie. Chodzę niespiesznie od nawy do nawy. Do niektórych wstawiam tylko głowę do innych wchodzę i uważnie oglądam wywieszone tam relikwie. Naw są dziesiątki i setki, a ja mam dużo czasu by błądzić w ich labiryncie. Właśnie przesuwam przez dłonie purpurowy szal z miękkiego kaszmiru gdy świat zatrzymuje się na ułamek chwili. Robi się mroczno i cicho, szarzeją barwy, a serce przebija mały, ostry sopel. Wszystko trwa nie dłużej niż błysk flesza. Dokładnie tyle o ile odruch i podświadomość wyprzedzają świadome myślenie. Światło, barwa i dźwięk wracają. „.. T.. tu robisz… kolego? ..ie jesteś na tym spotkaniu…?” Nieznośnie blisko, tuż przede mną stoi przełożony. Jego jasny jak woda wzrok dosłownie zgniata mi twarz. Całe wczorajsze popołudnie rozgłaszałem po biurze, że mam rano spotkanie w Agencji. Trudne spotkanie, które być może przeciągnie się do końca dnia więc będę się starał z całych sił ale może się zdarzyć, że nie dotrę wcale do biura. Taki był plan na wyłudzenie jednego, nieprawego dnia bez pracy. „Spotkanie już się skończyło?” jego dłoń na moim ramieniu jest twarda i bolesna jak kamień. „Chodźmy, pojedziesz ze mną. Po drodze pogadamy.” Nie jestem gotowy na rozmowę, nie jestem gotowy na biuro. To miał być prywatny, mój własny dzień. Nie zabrałem niczego, ani teczki, ani laptopa, ani identyfikatora. Uświadamiam sobie, że jestem bez garnituru, w weekendowym ubraniu, jak nagi. Czeluść otwiera się pod moimi stopami, a ja idę bezwolnie w powietrzu prowadzony przez postać w ogromnej, czarnej pelerynie. Wychodzimy z galerii handlowej i idziemy w stronę parkingów.

Reklamy

Dzień 310: Królicza nora

14 stycznia 2009


Biurko dosunięte do samej ściany. Nieduży prostokąt z MDF podszywający się pod syberyjską brzozę wpasowany jest dokładnie w róg dużego open spaceu. Kremowa, gipsowa ściana kończy się równo z blatem, a dalej jest wielka podwójna tafla okna – od wykładziny aż po podwieszany sufit. 3/4 widoku wypełnia skrzydło C ale po lewej jest prześwit na niezabudowany, wysoko grodzony plac. Niedawne zaplecze budowy tego ogromnego budynku, budynku w którym siedzę tyłem. Do przestrzeni, do ludzi wypełniających ją hałasami, do wszystkich ważnych, pilnych spraw i wpatruje się w zielony skwerek. Tam, w dole, między stosem pustaków i starych opon a hałdami ponadplanowego piachu jest małe jeziorko, gliniasty dół grzebnięty płytko łyżką wielkiej koparki, który na stałe wypełnił się gruntową wodą. Nad tym jeziorkiem, w zaciszu wysokich ogrodzeń mieszka rodzina królików. Jesienią, gdy małe dorosną czeka je wszystkie śmierć. Spłoszone hałasem czmychną do swoich podziemnych tuneli i zostaną w nich pogrzebane ciężarem sprzętu i maszyn. Ale teraz jest wiosna. Plan sprzedaży placyku jeszcze nie został zamknięty, a króliki nic o tym planie nie wiedzą, więc kicają sobie wesoło i skubią młode listki pokrzyw i łopianów.

Dzień 22: łaźnia G6

13 stycznia 2009


Zjazd jest wąski, wąski, stromy i mroczny. Chłodne jarzeniowe światło wycina z mroku piony i skosy grubych podpór z nietynkowanego, gładzonego betonu. Na dwóch podziemnych piętrach rozmieszono trzy poziomy platform do parkowania przez to trudno ogarnąć plan całego parkingu. Nie bardzo wiem właściwie kto gdzie parkuje. Blisko 500 aut. Jadę do swojego boksu w pobliże szybu windowego G6 zawsze tą samą wąską, powykręcaną trasą. Mijam zawsze te same miejsca parkingowe. Przy wjeździe tylko granatowe Mondea, niżej tylko granatowe Focusy, takie jak mój. Prosto, w lewo w bramę A1 prosto, w prawo w bramę G2, pochylnią w dół w prawo w bramę G4, pochylnią w dół i w lewo. Tabliczka 228 – moja zatoczka. Wyłączam radio, które szumi i trzeszczy pozbawione w podziemiach zasięgu. Odpinam pas, biorę teczkę ale jeszcze nie wysiadam. Siedzę króciutką chwilkę, celebruję prywatność. Jest 8:12 przychodzi mi do głowy, że są gdzieś ludzie, którzy rozgrzani, przesiąknięci ciepłym zapachem betów podchodzą właśnie do okien słonecznych sypialni powitać nowy dzień. Włączają radio, zaparzają kawę i niespiesznie, nad wczorajszą gazetą zastanawiają się co właściwie chcieli by dzisiaj robić. Sprawdzam czy mam telefon, identyfikator, poprawiam krawat. Na zewnątrz, nieodmiennie ten sam głośny szum wentylatora, pod którym mam swoje miejsce i delikatny zapach starych spalin. Po lewej nieodmiennie ta zielona, stara Toyota. Skąd tu Toyota? Stoi, trochę ukośnie nieruszana od miesięcy, odkąd dostałem to miejsce. Pokryta grubym kożuchem rudo szarego pyłu ściąganego tu przez wentylator, …a może to nie pył tylko popiół?