Posts Tagged ‘sxe’

Dzień 772: „Rządzą Nami Łagodne Szarości”

10 kwietnia 2009


ZYCIE NIE BUFET ZEBY TYLKO ZREC
W sali, do której wpuściła mnie recepcjonista jestem sam. Od piętnastu minut czekam na rozpoczęcie umówionego na wcześnie rano spotkania i przyglądam się elementom wyposażenia. We wszystkich salach konferencyjnych wszystkich firm w których bywam elementy te są niemal identyczne. Ustawia się z nich także kojce w open space, gabinety szefów, recepcje, kantyny. Stanowią wystrój ekonomicznych hotelików dla biznesu. Złamane, praktyczne biele, imitujące drewno beże i jasne brązy, szarości i błękity syntetycznych, łatwych w konserwacji tkanin. Na ścianach jedna, dwie obojętne emocjonalnie reprodukcje – wszystko zalane zimną galaretą jarzeniowego światła. Nasi sprzymierzeńcy i przebiegli konkurenci oraz ci, o których istnieniu nie wiemy spędzają całe dnie w takich samych pomieszczeniach. Czasami wbrew ekonomii i zdrowemu rozsądkowi, udręczona atakami ambitnego projektanta firma ofiarowuje sobie i personelowi oryginalny wystój biura. Wbrew zamiarom pomysłodawców nikt nie napisze o tym w gazetach, ludzie nie staną się bardziej produktywni, a całość wypadnie fałszywie, fałszywie i żałośnie i nie przetrwa długo – do następnego, grubszego remontu, bowiem biele, beże i łagodne szarości rządzą. Na ich tle fałszywie wygląda teraz grono spóźnionych na spotkanie artystów. Ich wystylizowane ubiory, pozy i przemowy, cały grany przede mną zapał. Na sztuce reklamy, którą uprawiają zależy im w tej chwili mniej niż na zamknięciu wreszcie kolejnego, spóźnionego projektu. Dlatego do nakręconego spotu przeniknie praktyczny, obojętny chłód wszystkich sal konferencyjnych. Reklamę z wierzchu grubo i wielokrotnie polakierowaną wyraźnie czuć będzie karton-gipsem. Że tak będzie wiemy i ja i wszyscy na tym spotkaniu.

Reklamy

Dzień 45: Gdy stąpam ciemną doliną…

28 stycznia 2009


ZYCIE NIE BUFET ZEBY TYLKO ZREC

Pomieszczenia pustoszeją, jedno po drugim ciemnieją. Długie letnie popołudnie przeistacza się w wieczór. O dłuższego czasu siedzę w kompletnej ciszy. Gdy wysilę słuch słyszę tętno budowli, buczenia, szumy. Czasem podłogę przeszyje lekki dreszcz. Najgłośniejszy dźwięk to włączający się co chwila wentylator mojego peceta. Światło monitora oświetla klawiaturę ale stos papierów z cudzymi notatkami, które oplotły moją prezencję jak bluszcz przestaje być widoczny. Idzie noc. Lampa nie stanowi wyposażenia biurka. W korytarzu po omacku odnajduję panel z kontaktami i po kilku próbach rozpalam właściwy rząd jarzeniówek. Znów jest jasno jakby w dzień. Noc traci swój czas. Pracuję, płynę przez strony, przez nie moje już myśli i nie moje wnioski. Wolno i nieuchronnie gubię sens tego co zapisane. Czasem wychodzę do toalety, rozprostować kości, oderwać wzrok, zrobić siku, napić się wody z kranu, przejść się korytarzem, przejrzeć stare magazyny wyłożone w poczekali, pojeździć windą, napisać sms’a i skasować go potem. Iść do toalety, przejść się korytarzem, rozprostować kości. Napić się wody z kranu, Posiedzieć w kucki w kącie. Teraz okno przy moim biurku szarzeje, moje odbicie widoczne przedtem na czarnym tle nocy jak w lutrze pomału zanika. Wstaje dzień, wstaję ugasić jarzeniówki. Czy jestem tu jeszcze wczoraj, czy już dziś? Na recepcji 5 pięter pode mną jęknęły widy. Poranna zmiana sprzątająca. Jeszcze chwilę pracuję w samotności. Potem, choć pomieszczenia błyskawicznie zapełniają się sowim codziennym tłokiem, krzątaniną, hałasem …nikogo nie ma przy mnie.