Posts Tagged ‘hc’

Dień 848: XII Prac Asterixa

1 czerwca 2009


ZYCIE NIE BUFET ZEBY TYLKO ZREC
Zawsze po tej samej stronie blatu przyciąga mój wzrok opasłe cielsko zaległych faktur. W plastikowych korytkach na dokumenty zebrało się ich tak dużo, że wypiętrzają swoją zbitą, papierową masą cała górną półkę. Pryzma upasiona napływającymi rozliczeniami pod koniec miesiąca robi się nie do zniesienia. Czym jest większa i bardziej zaległa tym trudniej zanurzyć się w jej suchym, szeleszczącym wnętrzu. Nigdy nie mam dość sił by zmierzyć się z nią ostatecznie. Czasem w piątki albo poniedziałki oskrobuję sam wierzch. Zatęchłe dno pozostają nietknięte.
System rozliczania faktur i kompletowania dokumentów potrzebnych do ich rozliczania jest skomplikowany, pracochłonny i zniechęcający. Biurokracja mająca chronić przed oszustwami rozrosła się do rozmiarów zapychających arterie sytemu. Czy biuraliści pozostawieni bez nadzoru rozkradli by firmę? Czy starczyło by im sprytu i zimnej krwi? Tak przynajmniej sadził autor systemu. Nie mogę dłużej znieść natrętnej obecności papierów. Ponaglany upomnieniami z rachuby wyszarpuję gruby plik ze spodu. Nie patrząc wkładam w kartonową obwolutę i niosę pospiesznie w kąt korytarza. Staję tak, by plecami zasłonić widok i gorączkowo, faktura po fakturze wpycham w szczelinę niszczarki. Odwracam wzrok by nie zapamiętać szczegółów, tak by niszczone sprawy ostatecznie przestały być moje. Potem przez kilka dni nasłuchuję z lękiem. Sprawdzam czy coś się wydarzy, lecz nie wydarza się nic. Posiekane na miazgę dokumenty, bez słowa skargi odrastają na moim biurku.

Reklamy

Dzień 772: „Rządzą Nami Łagodne Szarości”

10 kwietnia 2009


ZYCIE NIE BUFET ZEBY TYLKO ZREC
W sali, do której wpuściła mnie recepcjonista jestem sam. Od piętnastu minut czekam na rozpoczęcie umówionego na wcześnie rano spotkania i przyglądam się elementom wyposażenia. We wszystkich salach konferencyjnych wszystkich firm w których bywam elementy te są niemal identyczne. Ustawia się z nich także kojce w open space, gabinety szefów, recepcje, kantyny. Stanowią wystrój ekonomicznych hotelików dla biznesu. Złamane, praktyczne biele, imitujące drewno beże i jasne brązy, szarości i błękity syntetycznych, łatwych w konserwacji tkanin. Na ścianach jedna, dwie obojętne emocjonalnie reprodukcje – wszystko zalane zimną galaretą jarzeniowego światła. Nasi sprzymierzeńcy i przebiegli konkurenci oraz ci, o których istnieniu nie wiemy spędzają całe dnie w takich samych pomieszczeniach. Czasami wbrew ekonomii i zdrowemu rozsądkowi, udręczona atakami ambitnego projektanta firma ofiarowuje sobie i personelowi oryginalny wystój biura. Wbrew zamiarom pomysłodawców nikt nie napisze o tym w gazetach, ludzie nie staną się bardziej produktywni, a całość wypadnie fałszywie, fałszywie i żałośnie i nie przetrwa długo – do następnego, grubszego remontu, bowiem biele, beże i łagodne szarości rządzą. Na ich tle fałszywie wygląda teraz grono spóźnionych na spotkanie artystów. Ich wystylizowane ubiory, pozy i przemowy, cały grany przede mną zapał. Na sztuce reklamy, którą uprawiają zależy im w tej chwili mniej niż na zamknięciu wreszcie kolejnego, spóźnionego projektu. Dlatego do nakręconego spotu przeniknie praktyczny, obojętny chłód wszystkich sal konferencyjnych. Reklamę z wierzchu grubo i wielokrotnie polakierowaną wyraźnie czuć będzie karton-gipsem. Że tak będzie wiemy i ja i wszyscy na tym spotkaniu.

Dzień 900: Living Las Vegas

20 marca 2009


ZYCIE NIE BUFET ZEBY TYLKO ZREC
Oczy szybko wyłapują z mroku dwie pionowe linie słabego światła. Idę boso po szorstkiej wykładzinie. Za kotarami jest niewiele jaśniej niż w hotelowym pokoju. Przez szybę wyglądam w listopadowy poranek. Mokre czarne drzewa, siwe pole, wielki parking a na nim kilkadziesiąt granatowych fordów. Stoją równo bok w bok, zroszone w lodowatej mgle. W pokoju jest duszno i gorąco. Pachnie kurzem przypieczonym do kaloryfera, uwięzłą w tkaninach tytoniową smołą i wczorajszą wódką. Odwracam się i kieruję w stronę łazienki. Współlokator pyta spod kołdry o godzinę. Chcę myć się bez pośpiechu więc okłamuję go odejmując 30 minut. Golę się i wchodzę do wanny. Woda jest za ciepła. Śpiący do tej pory kac budzi się nagle. Udręczona wątroba wrzuca z powrotem do krwiobiegu alkohol, z którym nie dała sobie rady. Czuję jak czerwienieje mi twarz, brzękną powieki i palce. Oddech staje się płytszy i gorący. Wentylator w ścianie nad wanną huczy coraz głośniej. Wszyscy schodzący na śniadanie noszą ślady wczorajszego wieczora. Wyglądają raczej na otrutych niż dobrze zintegrowanych. Co pół roku firma jednoczy swój średni personel w podobny sposób. Niedrogi, schludny, trój gwiazdkowy hotel w nieatrakcyjnej okolicy. Dzień wypełniony szkoleniami – dzięki którym wyjazd można zaksięgować – i kawą z termosów oraz noc pełna darmowej wódki, zeszłorocznych przebojów i pokątnego, koleżeńskiego seksu. Przy Red Bull’u i kiełbasie z wody młodsi koledzy, jeszcze rozbawiani, głośno wspominają szczegóły wczorajszej integracji. Starsi raczej starają się je zapomnieć. Jadę bocznymi, mazowieckimi drogami w stronę E7. Rozpadało się na dobre. Na szybę w siekącym deszczu padają co jakiś czas rozmiękłe płatki. Pierwszy śnieg w tym roku. Wcześnie. Muszę pamiętać żeby uważać na patrole policji i na to co opowiem wieczorem żonie.

Dzień 679: Pułapka

12 marca 2009


ZYCIE NIE BUFET ZEBY TYLKO ZREC
Cały gmach wypełniony jest charakterystycznym zapachem. Mieszają się syntetyczny chłód klimatyzacji z ledwo wyczuwalną wonią starego jedzenia i środków czystości. Kamienne szerokie pasaże i podesty, dyskretne światło, cicha, łagodna muzyka. Spokój. Pusta świątynia we wczesne, środowe przedpołudnie. Chodzę niespiesznie od nawy do nawy. Do niektórych wstawiam tylko głowę do innych wchodzę i uważnie oglądam wywieszone tam relikwie. Naw są dziesiątki i setki, a ja mam dużo czasu by błądzić w ich labiryncie. Właśnie przesuwam przez dłonie purpurowy szal z miękkiego kaszmiru gdy świat zatrzymuje się na ułamek chwili. Robi się mroczno i cicho, szarzeją barwy, a serce przebija mały, ostry sopel. Wszystko trwa nie dłużej niż błysk flesza. Dokładnie tyle o ile odruch i podświadomość wyprzedzają świadome myślenie. Światło, barwa i dźwięk wracają. „.. T.. tu robisz… kolego? ..ie jesteś na tym spotkaniu…?” Nieznośnie blisko, tuż przede mną stoi przełożony. Jego jasny jak woda wzrok dosłownie zgniata mi twarz. Całe wczorajsze popołudnie rozgłaszałem po biurze, że mam rano spotkanie w Agencji. Trudne spotkanie, które być może przeciągnie się do końca dnia więc będę się starał z całych sił ale może się zdarzyć, że nie dotrę wcale do biura. Taki był plan na wyłudzenie jednego, nieprawego dnia bez pracy. „Spotkanie już się skończyło?” jego dłoń na moim ramieniu jest twarda i bolesna jak kamień. „Chodźmy, pojedziesz ze mną. Po drodze pogadamy.” Nie jestem gotowy na rozmowę, nie jestem gotowy na biuro. To miał być prywatny, mój własny dzień. Nie zabrałem niczego, ani teczki, ani laptopa, ani identyfikatora. Uświadamiam sobie, że jestem bez garnituru, w weekendowym ubraniu, jak nagi. Czeluść otwiera się pod moimi stopami, a ja idę bezwolnie w powietrzu prowadzony przez postać w ogromnej, czarnej pelerynie. Wychodzimy z galerii handlowej i idziemy w stronę parkingów.

Dzień 45: Gdy stąpam ciemną doliną…

28 stycznia 2009


ZYCIE NIE BUFET ZEBY TYLKO ZREC

Pomieszczenia pustoszeją, jedno po drugim ciemnieją. Długie letnie popołudnie przeistacza się w wieczór. O dłuższego czasu siedzę w kompletnej ciszy. Gdy wysilę słuch słyszę tętno budowli, buczenia, szumy. Czasem podłogę przeszyje lekki dreszcz. Najgłośniejszy dźwięk to włączający się co chwila wentylator mojego peceta. Światło monitora oświetla klawiaturę ale stos papierów z cudzymi notatkami, które oplotły moją prezencję jak bluszcz przestaje być widoczny. Idzie noc. Lampa nie stanowi wyposażenia biurka. W korytarzu po omacku odnajduję panel z kontaktami i po kilku próbach rozpalam właściwy rząd jarzeniówek. Znów jest jasno jakby w dzień. Noc traci swój czas. Pracuję, płynę przez strony, przez nie moje już myśli i nie moje wnioski. Wolno i nieuchronnie gubię sens tego co zapisane. Czasem wychodzę do toalety, rozprostować kości, oderwać wzrok, zrobić siku, napić się wody z kranu, przejść się korytarzem, przejrzeć stare magazyny wyłożone w poczekali, pojeździć windą, napisać sms’a i skasować go potem. Iść do toalety, przejść się korytarzem, rozprostować kości. Napić się wody z kranu, Posiedzieć w kucki w kącie. Teraz okno przy moim biurku szarzeje, moje odbicie widoczne przedtem na czarnym tle nocy jak w lutrze pomału zanika. Wstaje dzień, wstaję ugasić jarzeniówki. Czy jestem tu jeszcze wczoraj, czy już dziś? Na recepcji 5 pięter pode mną jęknęły widy. Poranna zmiana sprzątająca. Jeszcze chwilę pracuję w samotności. Potem, choć pomieszczenia błyskawicznie zapełniają się sowim codziennym tłokiem, krzątaniną, hałasem …nikogo nie ma przy mnie.

Dzień 100: Wrota Sezamu

20 stycznia 2009


ZYCIE NIE BUFET ZEBY TYLKO ZREC

Dostępu do nich broną drzwi i zimne serce dziewczyny. Szafka stojąca w głębi sekretariatu nie jest solidna jednak jeśli drzwi są zamknięte na klucz nawet mocne ciągnięcie za uchwyt nie pomaga. Drzwi zamykane są zawsze gdy dziewczyna wychodzi ze swojego boksu. Zamek przytrzymujący metalowy bolec w górze prowadnicy wydaje się wiotki i tandetny, a jednak spełnia swoją funkcję. Szarpanie nie pomaga. Oczywiście mogę szarpnięć tak, by wyrwać zamek z gniazda płytko wyżłobionego w płycie wiórowej ale przecież tego nie zrobię. Nikt cywilizowany, odpowiedzialny, wychowany, wykształcony, godny zaufania i normalny, a przecież tacy tu wszyscy jesteśmy – tego nie zrobi. Długopisy, cienkopisy, ołówki, gumki, linijki, koszulki, mazaki, markery, spinacze, zszywacze, koperty, folie, notesy, kalendarze, dziurkacze i CDRy pozostają niedostępne. Dziewczyna musi wrócić stąd gdzie właśnie jest, musi znaleźć dla mnie chwilę i musi zechcieć. Zechcieć ulec moje prośbie. Czym bardziej jest nie w sosie tym muszę być milszy. Im niżej jestem w hierarchii biura tym muszę być milszy, im mniej jestem lubiany i atrakcyjny towarzysko tym muszę być milszy i miło poprosić, bo dziewczyna ma moc ulegania lub nie moim prośbom. Może odpowiedzieć dając wyraźnie do zrozumienia że kłamie, że się właśnie skończyły, nie ma, wydała ostatni a nowe zmówi we środę. Mogę więc zostać do środy bez nowego cienkopisu, który wymarzyłem sobie rano i który dostali już wszyscy. Tyle wątków, pięknych myśli zginie niespisanych w niepamięci. Nachalność nie pomaga, daje odwrotny skutek i następnym razem będzie trudniej, bo dziewczynę łatwo zrazić. Stoję więc przed nią z przymilną maską na twarzy i czekam czy moje zaklęcie zadziała.

Dzień 22: łaźnia G6

13 stycznia 2009


Zjazd jest wąski, wąski, stromy i mroczny. Chłodne jarzeniowe światło wycina z mroku piony i skosy grubych podpór z nietynkowanego, gładzonego betonu. Na dwóch podziemnych piętrach rozmieszono trzy poziomy platform do parkowania przez to trudno ogarnąć plan całego parkingu. Nie bardzo wiem właściwie kto gdzie parkuje. Blisko 500 aut. Jadę do swojego boksu w pobliże szybu windowego G6 zawsze tą samą wąską, powykręcaną trasą. Mijam zawsze te same miejsca parkingowe. Przy wjeździe tylko granatowe Mondea, niżej tylko granatowe Focusy, takie jak mój. Prosto, w lewo w bramę A1 prosto, w prawo w bramę G2, pochylnią w dół w prawo w bramę G4, pochylnią w dół i w lewo. Tabliczka 228 – moja zatoczka. Wyłączam radio, które szumi i trzeszczy pozbawione w podziemiach zasięgu. Odpinam pas, biorę teczkę ale jeszcze nie wysiadam. Siedzę króciutką chwilkę, celebruję prywatność. Jest 8:12 przychodzi mi do głowy, że są gdzieś ludzie, którzy rozgrzani, przesiąknięci ciepłym zapachem betów podchodzą właśnie do okien słonecznych sypialni powitać nowy dzień. Włączają radio, zaparzają kawę i niespiesznie, nad wczorajszą gazetą zastanawiają się co właściwie chcieli by dzisiaj robić. Sprawdzam czy mam telefon, identyfikator, poprawiam krawat. Na zewnątrz, nieodmiennie ten sam głośny szum wentylatora, pod którym mam swoje miejsce i delikatny zapach starych spalin. Po lewej nieodmiennie ta zielona, stara Toyota. Skąd tu Toyota? Stoi, trochę ukośnie nieruszana od miesięcy, odkąd dostałem to miejsce. Pokryta grubym kożuchem rudo szarego pyłu ściąganego tu przez wentylator, …a może to nie pył tylko popiół?

Dzień 0: zszywka pod paznokciem

12 stycznia 2009


Nie mogę znaleźć tego tandetnego narzędzia do rozszywania dokumentów. Więc zaczynam dłubać paznokciem, zahaczam, paznokieć trochę się rozdwaja. Zsuwa. Zahaczam znowu. AAAaaaaa, Szajse! Różowy rowek nakłucia szybko wypełnia się krwią. Krew zbiera się pod paznokciem. Zaciskam palec, a potem szybko wkładam do ust i ssę. Ale dwie spore krople prysnęły już na front dokumentu. Potrząsam nim, strzepuję. krew rozmazuje się w dwie łukowate linie w nagłówku. Centralnie pod samym logo. Znak naszej firmy jakoś inaczej teraz wygląda ale nie ma czasu na zmianę front page. Telefon brzęczy mi w nogawce na udzie od dobrych 30s. To po mnie, z sekretariatu. Wkładam papiery do kopiarki, ustawiam 25 i patrzę jak na tacce układają się kopie. Zzzyt, zzzyt, zzzyt. Krew jest teraz czarna. Nieźle to nawet wygląda. Dodaje dynamizmu i klasy temu tandetnemu logotypowi