Posts Tagged ‘człowiek’

Dień 848: XII Prac Asterixa

1 czerwca 2009


ZYCIE NIE BUFET ZEBY TYLKO ZREC
Zawsze po tej samej stronie blatu przyciąga mój wzrok opasłe cielsko zaległych faktur. W plastikowych korytkach na dokumenty zebrało się ich tak dużo, że wypiętrzają swoją zbitą, papierową masą cała górną półkę. Pryzma upasiona napływającymi rozliczeniami pod koniec miesiąca robi się nie do zniesienia. Czym jest większa i bardziej zaległa tym trudniej zanurzyć się w jej suchym, szeleszczącym wnętrzu. Nigdy nie mam dość sił by zmierzyć się z nią ostatecznie. Czasem w piątki albo poniedziałki oskrobuję sam wierzch. Zatęchłe dno pozostają nietknięte.
System rozliczania faktur i kompletowania dokumentów potrzebnych do ich rozliczania jest skomplikowany, pracochłonny i zniechęcający. Biurokracja mająca chronić przed oszustwami rozrosła się do rozmiarów zapychających arterie sytemu. Czy biuraliści pozostawieni bez nadzoru rozkradli by firmę? Czy starczyło by im sprytu i zimnej krwi? Tak przynajmniej sadził autor systemu. Nie mogę dłużej znieść natrętnej obecności papierów. Ponaglany upomnieniami z rachuby wyszarpuję gruby plik ze spodu. Nie patrząc wkładam w kartonową obwolutę i niosę pospiesznie w kąt korytarza. Staję tak, by plecami zasłonić widok i gorączkowo, faktura po fakturze wpycham w szczelinę niszczarki. Odwracam wzrok by nie zapamiętać szczegółów, tak by niszczone sprawy ostatecznie przestały być moje. Potem przez kilka dni nasłuchuję z lękiem. Sprawdzam czy coś się wydarzy, lecz nie wydarza się nic. Posiekane na miazgę dokumenty, bez słowa skargi odrastają na moim biurku.

Reklamy

Dzień 1011: Gorzka Ślina

29 kwietnia 2009


ZYCIE NIE BUFET ZEBY TYLKO ZREC
Na parterze gmachu C z dostępem tylko od strony biur otwiera przestrzenie granitowy sarkofag firmowej kantyny. Przygotowany z rozmachem jest ważnym punktem na liście udogodnień pracowniczych. To miejsce odgrzewania, sprzedawania i przełykania posiłków wytworzonych w przetwórni jednej z sieci kateringowych obsługujących korporacje. Jedząc drobnego, bladego dewolaja przywiezionego rano wraz z innymi darami w chłodni mam pewność że ten sam smak i konsystencję odczuwa wraz ze mną tysiąc pracowników rozsianych po różnych firmach kraju.
Są osoby, które jedzą tu bez narzekania, codziennie, machinalnie. Przychodzą i spędzają przy lekko tłustym stoliku 20 minut swoje obiadowej przerwy. Po prostu posilają ciała niezbyt smacznym ale spełniającym normy jedzeniem. Są też tacy, którzy z niejedzenia w kantynie tworzą element biurowego stylu. Nie jedzą tu nigdy, programowo żywiąc się bardziej trendowym jedzeniem na telefon. Są wreszcie tacy, którzy jedzą w kantynie ale nieustannie narzekają na jakość posiłków. Mit sody w zupie splata się z chęcią określenia swojej odrębności i indywidualnych potrzeb, których istnienie podkreślać będzie napis KFC widoczny na podsiąkniętym, białym kartonie. Ja jem w kantynie. Przychodzę ok 12. Nigdy nie jestem głodny; zawsze tylko znużony, a czasem zmęczony pracą. Kantyna jest wtedy prawie pusta, długa kolejka do stalowej lady ustawi się dopiero gdy będę wychodził. Dziś jednak wychodzę w połowie posiłku. W brzuchu latają mi motyle, a w ustach zbiera gorzka ślina. To przez telefon, który w pół kęsa odrywa mnie od zwiniętego w piąstkę, cienko panierowanego mięsa. Ton głosu w słuchawce, polecenie natychmiastowego powrotu do biurka zwiastuje coś niedobrego. Firma nie nakarmi mnie dziś moim ulubionym, śmietankowym budyniem, dziś będzie surowa i ostra. Odstawiam niedojedzoną porcję na tacę, już stojąc biorę jeszcze do ust widelec surówki. Przełknę w drodze do windy.

Dzień 45: Gdy stąpam ciemną doliną…

28 stycznia 2009


ZYCIE NIE BUFET ZEBY TYLKO ZREC

Pomieszczenia pustoszeją, jedno po drugim ciemnieją. Długie letnie popołudnie przeistacza się w wieczór. O dłuższego czasu siedzę w kompletnej ciszy. Gdy wysilę słuch słyszę tętno budowli, buczenia, szumy. Czasem podłogę przeszyje lekki dreszcz. Najgłośniejszy dźwięk to włączający się co chwila wentylator mojego peceta. Światło monitora oświetla klawiaturę ale stos papierów z cudzymi notatkami, które oplotły moją prezencję jak bluszcz przestaje być widoczny. Idzie noc. Lampa nie stanowi wyposażenia biurka. W korytarzu po omacku odnajduję panel z kontaktami i po kilku próbach rozpalam właściwy rząd jarzeniówek. Znów jest jasno jakby w dzień. Noc traci swój czas. Pracuję, płynę przez strony, przez nie moje już myśli i nie moje wnioski. Wolno i nieuchronnie gubię sens tego co zapisane. Czasem wychodzę do toalety, rozprostować kości, oderwać wzrok, zrobić siku, napić się wody z kranu, przejść się korytarzem, przejrzeć stare magazyny wyłożone w poczekali, pojeździć windą, napisać sms’a i skasować go potem. Iść do toalety, przejść się korytarzem, rozprostować kości. Napić się wody z kranu, Posiedzieć w kucki w kącie. Teraz okno przy moim biurku szarzeje, moje odbicie widoczne przedtem na czarnym tle nocy jak w lutrze pomału zanika. Wstaje dzień, wstaję ugasić jarzeniówki. Czy jestem tu jeszcze wczoraj, czy już dziś? Na recepcji 5 pięter pode mną jęknęły widy. Poranna zmiana sprzątająca. Jeszcze chwilę pracuję w samotności. Potem, choć pomieszczenia błyskawicznie zapełniają się sowim codziennym tłokiem, krzątaniną, hałasem …nikogo nie ma przy mnie.