Dzień 1023: Czym chata bogata

2 lutego 2009

ZYCIE NIE BUFET ZEBY TYLKO ZREC
Na każdej białej jak papier, kwadratowej kanapce leży mały, blady kawałek schabu i ćwierć beżowej śliwki przylakierowanej do mięsa warstwą jaskrawo żółtego, idealnie przejrzystego auszpiku. Kanapek są setki. Rozłożone równo na aluminiowych tacach. Przed tacami stoi setka, przygasłych, zmęczonych ludzi. Nikt nie je, nikt nie jest głodny. Wszyscy słuchają nieuważnie słów wypełniających salę. Rozchodzących się po niej monotonną mantrą zniekształconą nieprzyjemnym pogłosem. Jest siedemnasta. Za oknami już ciemno. Wzdłuż wschodniej ściany budynku, widoczny między wertikalami, sunie tłum kończących pracę. My zebrani w sali jeszcze nie idziemy, słuchamy. Przemowa jest niezręcznym podziękowaniem sfabrykowanym gdzieś w zakamarkach firmy wygłaszanym teraz ustami prezesa. To podziękowanie za mijający właśnie rok, „rok wytężonej pracy”. Podziękowanie naszpikowane kawałkami propagandowego entuzjazmu, przyprawione jakimiś nieprzyjemnymi ocenami i przytykami, oklejone grubo warstwą niepokojących, wygórowanych wyzwań. Nieudane. Jak niechciany, czekający nas poczęstunek, który przedłuży tylko męczące wspólne przebywanie. Ten, który potokiem cierpkich słów dziękuje za cały mijający rok został tu zwerbowany 6 tygodni temu, jako zagraniczny lek na przejściowe kłopoty. Czy to dlatego, na piśmie zapowiadającym roczną premię, które każdy dostaje teraz wraz z uściskiem wilgotnej dłoni przekręcono moje nazwisko? Czy to dla tego moja premia okazuje się taka niska, jeszcze niższa niż roku temu? Nagroda ma smak czerstwych tostów z jałowym schabem. Zresztą czy na nią zasługuję?
Reklamy

Dzień 45: Gdy stąpam ciemną doliną…

28 stycznia 2009


ZYCIE NIE BUFET ZEBY TYLKO ZREC

Pomieszczenia pustoszeją, jedno po drugim ciemnieją. Długie letnie popołudnie przeistacza się w wieczór. O dłuższego czasu siedzę w kompletnej ciszy. Gdy wysilę słuch słyszę tętno budowli, buczenia, szumy. Czasem podłogę przeszyje lekki dreszcz. Najgłośniejszy dźwięk to włączający się co chwila wentylator mojego peceta. Światło monitora oświetla klawiaturę ale stos papierów z cudzymi notatkami, które oplotły moją prezencję jak bluszcz przestaje być widoczny. Idzie noc. Lampa nie stanowi wyposażenia biurka. W korytarzu po omacku odnajduję panel z kontaktami i po kilku próbach rozpalam właściwy rząd jarzeniówek. Znów jest jasno jakby w dzień. Noc traci swój czas. Pracuję, płynę przez strony, przez nie moje już myśli i nie moje wnioski. Wolno i nieuchronnie gubię sens tego co zapisane. Czasem wychodzę do toalety, rozprostować kości, oderwać wzrok, zrobić siku, napić się wody z kranu, przejść się korytarzem, przejrzeć stare magazyny wyłożone w poczekali, pojeździć windą, napisać sms’a i skasować go potem. Iść do toalety, przejść się korytarzem, rozprostować kości. Napić się wody z kranu, Posiedzieć w kucki w kącie. Teraz okno przy moim biurku szarzeje, moje odbicie widoczne przedtem na czarnym tle nocy jak w lutrze pomału zanika. Wstaje dzień, wstaję ugasić jarzeniówki. Czy jestem tu jeszcze wczoraj, czy już dziś? Na recepcji 5 pięter pode mną jęknęły widy. Poranna zmiana sprzątająca. Jeszcze chwilę pracuję w samotności. Potem, choć pomieszczenia błyskawicznie zapełniają się sowim codziennym tłokiem, krzątaniną, hałasem …nikogo nie ma przy mnie.

Dzień 100: Wrota Sezamu

20 stycznia 2009


ZYCIE NIE BUFET ZEBY TYLKO ZREC

Dostępu do nich broną drzwi i zimne serce dziewczyny. Szafka stojąca w głębi sekretariatu nie jest solidna jednak jeśli drzwi są zamknięte na klucz nawet mocne ciągnięcie za uchwyt nie pomaga. Drzwi zamykane są zawsze gdy dziewczyna wychodzi ze swojego boksu. Zamek przytrzymujący metalowy bolec w górze prowadnicy wydaje się wiotki i tandetny, a jednak spełnia swoją funkcję. Szarpanie nie pomaga. Oczywiście mogę szarpnięć tak, by wyrwać zamek z gniazda płytko wyżłobionego w płycie wiórowej ale przecież tego nie zrobię. Nikt cywilizowany, odpowiedzialny, wychowany, wykształcony, godny zaufania i normalny, a przecież tacy tu wszyscy jesteśmy – tego nie zrobi. Długopisy, cienkopisy, ołówki, gumki, linijki, koszulki, mazaki, markery, spinacze, zszywacze, koperty, folie, notesy, kalendarze, dziurkacze i CDRy pozostają niedostępne. Dziewczyna musi wrócić stąd gdzie właśnie jest, musi znaleźć dla mnie chwilę i musi zechcieć. Zechcieć ulec moje prośbie. Czym bardziej jest nie w sosie tym muszę być milszy. Im niżej jestem w hierarchii biura tym muszę być milszy, im mniej jestem lubiany i atrakcyjny towarzysko tym muszę być milszy i miło poprosić, bo dziewczyna ma moc ulegania lub nie moim prośbom. Może odpowiedzieć dając wyraźnie do zrozumienia że kłamie, że się właśnie skończyły, nie ma, wydała ostatni a nowe zmówi we środę. Mogę więc zostać do środy bez nowego cienkopisu, który wymarzyłem sobie rano i który dostali już wszyscy. Tyle wątków, pięknych myśli zginie niespisanych w niepamięci. Nachalność nie pomaga, daje odwrotny skutek i następnym razem będzie trudniej, bo dziewczynę łatwo zrazić. Stoję więc przed nią z przymilną maską na twarzy i czekam czy moje zaklęcie zadziała.

Dzień 310: Królicza nora

14 stycznia 2009


Biurko dosunięte do samej ściany. Nieduży prostokąt z MDF podszywający się pod syberyjską brzozę wpasowany jest dokładnie w róg dużego open spaceu. Kremowa, gipsowa ściana kończy się równo z blatem, a dalej jest wielka podwójna tafla okna – od wykładziny aż po podwieszany sufit. 3/4 widoku wypełnia skrzydło C ale po lewej jest prześwit na niezabudowany, wysoko grodzony plac. Niedawne zaplecze budowy tego ogromnego budynku, budynku w którym siedzę tyłem. Do przestrzeni, do ludzi wypełniających ją hałasami, do wszystkich ważnych, pilnych spraw i wpatruje się w zielony skwerek. Tam, w dole, między stosem pustaków i starych opon a hałdami ponadplanowego piachu jest małe jeziorko, gliniasty dół grzebnięty płytko łyżką wielkiej koparki, który na stałe wypełnił się gruntową wodą. Nad tym jeziorkiem, w zaciszu wysokich ogrodzeń mieszka rodzina królików. Jesienią, gdy małe dorosną czeka je wszystkie śmierć. Spłoszone hałasem czmychną do swoich podziemnych tuneli i zostaną w nich pogrzebane ciężarem sprzętu i maszyn. Ale teraz jest wiosna. Plan sprzedaży placyku jeszcze nie został zamknięty, a króliki nic o tym planie nie wiedzą, więc kicają sobie wesoło i skubią młode listki pokrzyw i łopianów.

Dzień 22: łaźnia G6

13 stycznia 2009


Zjazd jest wąski, wąski, stromy i mroczny. Chłodne jarzeniowe światło wycina z mroku piony i skosy grubych podpór z nietynkowanego, gładzonego betonu. Na dwóch podziemnych piętrach rozmieszono trzy poziomy platform do parkowania przez to trudno ogarnąć plan całego parkingu. Nie bardzo wiem właściwie kto gdzie parkuje. Blisko 500 aut. Jadę do swojego boksu w pobliże szybu windowego G6 zawsze tą samą wąską, powykręcaną trasą. Mijam zawsze te same miejsca parkingowe. Przy wjeździe tylko granatowe Mondea, niżej tylko granatowe Focusy, takie jak mój. Prosto, w lewo w bramę A1 prosto, w prawo w bramę G2, pochylnią w dół w prawo w bramę G4, pochylnią w dół i w lewo. Tabliczka 228 – moja zatoczka. Wyłączam radio, które szumi i trzeszczy pozbawione w podziemiach zasięgu. Odpinam pas, biorę teczkę ale jeszcze nie wysiadam. Siedzę króciutką chwilkę, celebruję prywatność. Jest 8:12 przychodzi mi do głowy, że są gdzieś ludzie, którzy rozgrzani, przesiąknięci ciepłym zapachem betów podchodzą właśnie do okien słonecznych sypialni powitać nowy dzień. Włączają radio, zaparzają kawę i niespiesznie, nad wczorajszą gazetą zastanawiają się co właściwie chcieli by dzisiaj robić. Sprawdzam czy mam telefon, identyfikator, poprawiam krawat. Na zewnątrz, nieodmiennie ten sam głośny szum wentylatora, pod którym mam swoje miejsce i delikatny zapach starych spalin. Po lewej nieodmiennie ta zielona, stara Toyota. Skąd tu Toyota? Stoi, trochę ukośnie nieruszana od miesięcy, odkąd dostałem to miejsce. Pokryta grubym kożuchem rudo szarego pyłu ściąganego tu przez wentylator, …a może to nie pył tylko popiół?

Dzień 0: zszywka pod paznokciem

12 stycznia 2009


Nie mogę znaleźć tego tandetnego narzędzia do rozszywania dokumentów. Więc zaczynam dłubać paznokciem, zahaczam, paznokieć trochę się rozdwaja. Zsuwa. Zahaczam znowu. AAAaaaaa, Szajse! Różowy rowek nakłucia szybko wypełnia się krwią. Krew zbiera się pod paznokciem. Zaciskam palec, a potem szybko wkładam do ust i ssę. Ale dwie spore krople prysnęły już na front dokumentu. Potrząsam nim, strzepuję. krew rozmazuje się w dwie łukowate linie w nagłówku. Centralnie pod samym logo. Znak naszej firmy jakoś inaczej teraz wygląda ale nie ma czasu na zmianę front page. Telefon brzęczy mi w nogawce na udzie od dobrych 30s. To po mnie, z sekretariatu. Wkładam papiery do kopiarki, ustawiam 25 i patrzę jak na tacce układają się kopie. Zzzyt, zzzyt, zzzyt. Krew jest teraz czarna. Nieźle to nawet wygląda. Dodaje dynamizmu i klasy temu tandetnemu logotypowi