Archive for Kwiecień 2009

Dzień 1011: Gorzka Ślina

29 kwietnia 2009


ZYCIE NIE BUFET ZEBY TYLKO ZREC
Na parterze gmachu C z dostępem tylko od strony biur otwiera przestrzenie granitowy sarkofag firmowej kantyny. Przygotowany z rozmachem jest ważnym punktem na liście udogodnień pracowniczych. To miejsce odgrzewania, sprzedawania i przełykania posiłków wytworzonych w przetwórni jednej z sieci kateringowych obsługujących korporacje. Jedząc drobnego, bladego dewolaja przywiezionego rano wraz z innymi darami w chłodni mam pewność że ten sam smak i konsystencję odczuwa wraz ze mną tysiąc pracowników rozsianych po różnych firmach kraju.
Są osoby, które jedzą tu bez narzekania, codziennie, machinalnie. Przychodzą i spędzają przy lekko tłustym stoliku 20 minut swoje obiadowej przerwy. Po prostu posilają ciała niezbyt smacznym ale spełniającym normy jedzeniem. Są też tacy, którzy z niejedzenia w kantynie tworzą element biurowego stylu. Nie jedzą tu nigdy, programowo żywiąc się bardziej trendowym jedzeniem na telefon. Są wreszcie tacy, którzy jedzą w kantynie ale nieustannie narzekają na jakość posiłków. Mit sody w zupie splata się z chęcią określenia swojej odrębności i indywidualnych potrzeb, których istnienie podkreślać będzie napis KFC widoczny na podsiąkniętym, białym kartonie. Ja jem w kantynie. Przychodzę ok 12. Nigdy nie jestem głodny; zawsze tylko znużony, a czasem zmęczony pracą. Kantyna jest wtedy prawie pusta, długa kolejka do stalowej lady ustawi się dopiero gdy będę wychodził. Dziś jednak wychodzę w połowie posiłku. W brzuchu latają mi motyle, a w ustach zbiera gorzka ślina. To przez telefon, który w pół kęsa odrywa mnie od zwiniętego w piąstkę, cienko panierowanego mięsa. Ton głosu w słuchawce, polecenie natychmiastowego powrotu do biurka zwiastuje coś niedobrego. Firma nie nakarmi mnie dziś moim ulubionym, śmietankowym budyniem, dziś będzie surowa i ostra. Odstawiam niedojedzoną porcję na tacę, już stojąc biorę jeszcze do ust widelec surówki. Przełknę w drodze do windy.

Reklamy

Dzień 772: „Rządzą Nami Łagodne Szarości”

10 kwietnia 2009


ZYCIE NIE BUFET ZEBY TYLKO ZREC
W sali, do której wpuściła mnie recepcjonista jestem sam. Od piętnastu minut czekam na rozpoczęcie umówionego na wcześnie rano spotkania i przyglądam się elementom wyposażenia. We wszystkich salach konferencyjnych wszystkich firm w których bywam elementy te są niemal identyczne. Ustawia się z nich także kojce w open space, gabinety szefów, recepcje, kantyny. Stanowią wystrój ekonomicznych hotelików dla biznesu. Złamane, praktyczne biele, imitujące drewno beże i jasne brązy, szarości i błękity syntetycznych, łatwych w konserwacji tkanin. Na ścianach jedna, dwie obojętne emocjonalnie reprodukcje – wszystko zalane zimną galaretą jarzeniowego światła. Nasi sprzymierzeńcy i przebiegli konkurenci oraz ci, o których istnieniu nie wiemy spędzają całe dnie w takich samych pomieszczeniach. Czasami wbrew ekonomii i zdrowemu rozsądkowi, udręczona atakami ambitnego projektanta firma ofiarowuje sobie i personelowi oryginalny wystój biura. Wbrew zamiarom pomysłodawców nikt nie napisze o tym w gazetach, ludzie nie staną się bardziej produktywni, a całość wypadnie fałszywie, fałszywie i żałośnie i nie przetrwa długo – do następnego, grubszego remontu, bowiem biele, beże i łagodne szarości rządzą. Na ich tle fałszywie wygląda teraz grono spóźnionych na spotkanie artystów. Ich wystylizowane ubiory, pozy i przemowy, cały grany przede mną zapał. Na sztuce reklamy, którą uprawiają zależy im w tej chwili mniej niż na zamknięciu wreszcie kolejnego, spóźnionego projektu. Dlatego do nakręconego spotu przeniknie praktyczny, obojętny chłód wszystkich sal konferencyjnych. Reklamę z wierzchu grubo i wielokrotnie polakierowaną wyraźnie czuć będzie karton-gipsem. Że tak będzie wiemy i ja i wszyscy na tym spotkaniu.