Archive for Marzec 2009

Dzień 900: Living Las Vegas

20 marca 2009


ZYCIE NIE BUFET ZEBY TYLKO ZREC
Oczy szybko wyłapują z mroku dwie pionowe linie słabego światła. Idę boso po szorstkiej wykładzinie. Za kotarami jest niewiele jaśniej niż w hotelowym pokoju. Przez szybę wyglądam w listopadowy poranek. Mokre czarne drzewa, siwe pole, wielki parking a na nim kilkadziesiąt granatowych fordów. Stoją równo bok w bok, zroszone w lodowatej mgle. W pokoju jest duszno i gorąco. Pachnie kurzem przypieczonym do kaloryfera, uwięzłą w tkaninach tytoniową smołą i wczorajszą wódką. Odwracam się i kieruję w stronę łazienki. Współlokator pyta spod kołdry o godzinę. Chcę myć się bez pośpiechu więc okłamuję go odejmując 30 minut. Golę się i wchodzę do wanny. Woda jest za ciepła. Śpiący do tej pory kac budzi się nagle. Udręczona wątroba wrzuca z powrotem do krwiobiegu alkohol, z którym nie dała sobie rady. Czuję jak czerwienieje mi twarz, brzękną powieki i palce. Oddech staje się płytszy i gorący. Wentylator w ścianie nad wanną huczy coraz głośniej. Wszyscy schodzący na śniadanie noszą ślady wczorajszego wieczora. Wyglądają raczej na otrutych niż dobrze zintegrowanych. Co pół roku firma jednoczy swój średni personel w podobny sposób. Niedrogi, schludny, trój gwiazdkowy hotel w nieatrakcyjnej okolicy. Dzień wypełniony szkoleniami – dzięki którym wyjazd można zaksięgować – i kawą z termosów oraz noc pełna darmowej wódki, zeszłorocznych przebojów i pokątnego, koleżeńskiego seksu. Przy Red Bull’u i kiełbasie z wody młodsi koledzy, jeszcze rozbawiani, głośno wspominają szczegóły wczorajszej integracji. Starsi raczej starają się je zapomnieć. Jadę bocznymi, mazowieckimi drogami w stronę E7. Rozpadało się na dobre. Na szybę w siekącym deszczu padają co jakiś czas rozmiękłe płatki. Pierwszy śnieg w tym roku. Wcześnie. Muszę pamiętać żeby uważać na patrole policji i na to co opowiem wieczorem żonie.

Reklamy

Dzień 679: Pułapka

12 marca 2009


ZYCIE NIE BUFET ZEBY TYLKO ZREC
Cały gmach wypełniony jest charakterystycznym zapachem. Mieszają się syntetyczny chłód klimatyzacji z ledwo wyczuwalną wonią starego jedzenia i środków czystości. Kamienne szerokie pasaże i podesty, dyskretne światło, cicha, łagodna muzyka. Spokój. Pusta świątynia we wczesne, środowe przedpołudnie. Chodzę niespiesznie od nawy do nawy. Do niektórych wstawiam tylko głowę do innych wchodzę i uważnie oglądam wywieszone tam relikwie. Naw są dziesiątki i setki, a ja mam dużo czasu by błądzić w ich labiryncie. Właśnie przesuwam przez dłonie purpurowy szal z miękkiego kaszmiru gdy świat zatrzymuje się na ułamek chwili. Robi się mroczno i cicho, szarzeją barwy, a serce przebija mały, ostry sopel. Wszystko trwa nie dłużej niż błysk flesza. Dokładnie tyle o ile odruch i podświadomość wyprzedzają świadome myślenie. Światło, barwa i dźwięk wracają. „.. T.. tu robisz… kolego? ..ie jesteś na tym spotkaniu…?” Nieznośnie blisko, tuż przede mną stoi przełożony. Jego jasny jak woda wzrok dosłownie zgniata mi twarz. Całe wczorajsze popołudnie rozgłaszałem po biurze, że mam rano spotkanie w Agencji. Trudne spotkanie, które być może przeciągnie się do końca dnia więc będę się starał z całych sił ale może się zdarzyć, że nie dotrę wcale do biura. Taki był plan na wyłudzenie jednego, nieprawego dnia bez pracy. „Spotkanie już się skończyło?” jego dłoń na moim ramieniu jest twarda i bolesna jak kamień. „Chodźmy, pojedziesz ze mną. Po drodze pogadamy.” Nie jestem gotowy na rozmowę, nie jestem gotowy na biuro. To miał być prywatny, mój własny dzień. Nie zabrałem niczego, ani teczki, ani laptopa, ani identyfikatora. Uświadamiam sobie, że jestem bez garnituru, w weekendowym ubraniu, jak nagi. Czeluść otwiera się pod moimi stopami, a ja idę bezwolnie w powietrzu prowadzony przez postać w ogromnej, czarnej pelerynie. Wychodzimy z galerii handlowej i idziemy w stronę parkingów.