Dzień 987: Gotowi na wszystko

1 lipca 2009

Życie Nie Bufet Żeby Tylko Żreć

Gotowi na wszystko

Gotowi na wszystko

– Spóźniłeś się.

Zerkam na zegar, jest minuta po. Dziewczyna odrywa wzrok od ekranu i patrzy na mój krawat.
– Musisz czekać, ktoś u niego  jest.
Oblewa mnie mieszanina ulgi i niepokoju. Pretekst by wycofać się bezpiecznie do nory pod biurkiem i imperatyw załatwienia sprawy powodują frustrację, która zmieni się w przewlekły stres. Żeby posuwać się jakoś w gąszczu zadań muszę jeździć tu na górę i zatwierdzać każdy ruch i każdą myśl. Tego wymaga nasz nieufny prezes. Niekończące się konsultacje tak go zajmują, że ciągle bark mu czasu na następne spotkania, najprostsze sprawy stoją więc tygodniami w miejscu piętrząc jego groźne niezadowolenie. Wychodzę na korytarz i kucam pod ścianą blisko sekretariatu. Trzymając na kolanach uchylonego laptopa czekam na znak od sekretarki. Co chwila szturcham palcem spację żeby nie włączył się wygaszacz. Laptop jest pożyczony, a ja nie znam hasła. Aby nie trafić z powrotem na koniec kolejki trzeba od wejścia zmierzać prosto do sedna sprawy, gawiedź biurowa wpadła więc na pomysł przychodzenia tu z włączoną prezentacją. Szczęśliwe wygaszacz nie włącza się, a bateria nie wyczerpuje. Wyprężam więc na ekranie moje wycyzelowane wykresy i próbuję argumentować wysokość poszczególnych słupków ale on zniecierpliwiony przerywa każde pół zdania.
– Dalej, – naciskam posłusznie enter.
– Tak widzę, dalej, dalej proszę
Gdy kończę on patrzy z politowaniem może odrazą, wzdycha cicho ale tak bym usłyszał.
– No to teraz notuj, bo chyba nie masz już czasu na kolejne dyskusje.

Więc to koniec,  dowiem się co zrobić. Kończy się gehenna czekania z uchylonym laptopem, i nieudolnych prób odgadnięcia jego myśli. Jestem gotowy pisać wszystko co powie, każde słowo i słowo w słowo. Mówi więc, a ja pośpiesznie notuję. Potem nie będę mógł odczytać swoich bazgrot, w koncepcji która kiedyś była moja, a którą dawno przestałem rozumieć pojawią się  luki. I w takiej formie zostanie zatwierdzona i zrealizowana. Cały projekt poleganie, a ja zacznę pielgrzymować na górę z zupełnie nowymi pomysłami.

Dień 848: XII Prac Asterixa

1 czerwca 2009


ZYCIE NIE BUFET ZEBY TYLKO ZREC
Zawsze po tej samej stronie blatu przyciąga mój wzrok opasłe cielsko zaległych faktur. W plastikowych korytkach na dokumenty zebrało się ich tak dużo, że wypiętrzają swoją zbitą, papierową masą cała górną półkę. Pryzma upasiona napływającymi rozliczeniami pod koniec miesiąca robi się nie do zniesienia. Czym jest większa i bardziej zaległa tym trudniej zanurzyć się w jej suchym, szeleszczącym wnętrzu. Nigdy nie mam dość sił by zmierzyć się z nią ostatecznie. Czasem w piątki albo poniedziałki oskrobuję sam wierzch. Zatęchłe dno pozostają nietknięte.
System rozliczania faktur i kompletowania dokumentów potrzebnych do ich rozliczania jest skomplikowany, pracochłonny i zniechęcający. Biurokracja mająca chronić przed oszustwami rozrosła się do rozmiarów zapychających arterie sytemu. Czy biuraliści pozostawieni bez nadzoru rozkradli by firmę? Czy starczyło by im sprytu i zimnej krwi? Tak przynajmniej sadził autor systemu. Nie mogę dłużej znieść natrętnej obecności papierów. Ponaglany upomnieniami z rachuby wyszarpuję gruby plik ze spodu. Nie patrząc wkładam w kartonową obwolutę i niosę pospiesznie w kąt korytarza. Staję tak, by plecami zasłonić widok i gorączkowo, faktura po fakturze wpycham w szczelinę niszczarki. Odwracam wzrok by nie zapamiętać szczegółów, tak by niszczone sprawy ostatecznie przestały być moje. Potem przez kilka dni nasłuchuję z lękiem. Sprawdzam czy coś się wydarzy, lecz nie wydarza się nic. Posiekane na miazgę dokumenty, bez słowa skargi odrastają na moim biurku.

Dzień 1011: Gorzka Ślina

29 kwietnia 2009


ZYCIE NIE BUFET ZEBY TYLKO ZREC
Na parterze gmachu C z dostępem tylko od strony biur otwiera przestrzenie granitowy sarkofag firmowej kantyny. Przygotowany z rozmachem jest ważnym punktem na liście udogodnień pracowniczych. To miejsce odgrzewania, sprzedawania i przełykania posiłków wytworzonych w przetwórni jednej z sieci kateringowych obsługujących korporacje. Jedząc drobnego, bladego dewolaja przywiezionego rano wraz z innymi darami w chłodni mam pewność że ten sam smak i konsystencję odczuwa wraz ze mną tysiąc pracowników rozsianych po różnych firmach kraju.
Są osoby, które jedzą tu bez narzekania, codziennie, machinalnie. Przychodzą i spędzają przy lekko tłustym stoliku 20 minut swoje obiadowej przerwy. Po prostu posilają ciała niezbyt smacznym ale spełniającym normy jedzeniem. Są też tacy, którzy z niejedzenia w kantynie tworzą element biurowego stylu. Nie jedzą tu nigdy, programowo żywiąc się bardziej trendowym jedzeniem na telefon. Są wreszcie tacy, którzy jedzą w kantynie ale nieustannie narzekają na jakość posiłków. Mit sody w zupie splata się z chęcią określenia swojej odrębności i indywidualnych potrzeb, których istnienie podkreślać będzie napis KFC widoczny na podsiąkniętym, białym kartonie. Ja jem w kantynie. Przychodzę ok 12. Nigdy nie jestem głodny; zawsze tylko znużony, a czasem zmęczony pracą. Kantyna jest wtedy prawie pusta, długa kolejka do stalowej lady ustawi się dopiero gdy będę wychodził. Dziś jednak wychodzę w połowie posiłku. W brzuchu latają mi motyle, a w ustach zbiera gorzka ślina. To przez telefon, który w pół kęsa odrywa mnie od zwiniętego w piąstkę, cienko panierowanego mięsa. Ton głosu w słuchawce, polecenie natychmiastowego powrotu do biurka zwiastuje coś niedobrego. Firma nie nakarmi mnie dziś moim ulubionym, śmietankowym budyniem, dziś będzie surowa i ostra. Odstawiam niedojedzoną porcję na tacę, już stojąc biorę jeszcze do ust widelec surówki. Przełknę w drodze do windy.

Dzień 772: „Rządzą Nami Łagodne Szarości”

10 kwietnia 2009


ZYCIE NIE BUFET ZEBY TYLKO ZREC
W sali, do której wpuściła mnie recepcjonista jestem sam. Od piętnastu minut czekam na rozpoczęcie umówionego na wcześnie rano spotkania i przyglądam się elementom wyposażenia. We wszystkich salach konferencyjnych wszystkich firm w których bywam elementy te są niemal identyczne. Ustawia się z nich także kojce w open space, gabinety szefów, recepcje, kantyny. Stanowią wystrój ekonomicznych hotelików dla biznesu. Złamane, praktyczne biele, imitujące drewno beże i jasne brązy, szarości i błękity syntetycznych, łatwych w konserwacji tkanin. Na ścianach jedna, dwie obojętne emocjonalnie reprodukcje – wszystko zalane zimną galaretą jarzeniowego światła. Nasi sprzymierzeńcy i przebiegli konkurenci oraz ci, o których istnieniu nie wiemy spędzają całe dnie w takich samych pomieszczeniach. Czasami wbrew ekonomii i zdrowemu rozsądkowi, udręczona atakami ambitnego projektanta firma ofiarowuje sobie i personelowi oryginalny wystój biura. Wbrew zamiarom pomysłodawców nikt nie napisze o tym w gazetach, ludzie nie staną się bardziej produktywni, a całość wypadnie fałszywie, fałszywie i żałośnie i nie przetrwa długo – do następnego, grubszego remontu, bowiem biele, beże i łagodne szarości rządzą. Na ich tle fałszywie wygląda teraz grono spóźnionych na spotkanie artystów. Ich wystylizowane ubiory, pozy i przemowy, cały grany przede mną zapał. Na sztuce reklamy, którą uprawiają zależy im w tej chwili mniej niż na zamknięciu wreszcie kolejnego, spóźnionego projektu. Dlatego do nakręconego spotu przeniknie praktyczny, obojętny chłód wszystkich sal konferencyjnych. Reklamę z wierzchu grubo i wielokrotnie polakierowaną wyraźnie czuć będzie karton-gipsem. Że tak będzie wiemy i ja i wszyscy na tym spotkaniu.

Dzień 900: Living Las Vegas

20 marca 2009


ZYCIE NIE BUFET ZEBY TYLKO ZREC
Oczy szybko wyłapują z mroku dwie pionowe linie słabego światła. Idę boso po szorstkiej wykładzinie. Za kotarami jest niewiele jaśniej niż w hotelowym pokoju. Przez szybę wyglądam w listopadowy poranek. Mokre czarne drzewa, siwe pole, wielki parking a na nim kilkadziesiąt granatowych fordów. Stoją równo bok w bok, zroszone w lodowatej mgle. W pokoju jest duszno i gorąco. Pachnie kurzem przypieczonym do kaloryfera, uwięzłą w tkaninach tytoniową smołą i wczorajszą wódką. Odwracam się i kieruję w stronę łazienki. Współlokator pyta spod kołdry o godzinę. Chcę myć się bez pośpiechu więc okłamuję go odejmując 30 minut. Golę się i wchodzę do wanny. Woda jest za ciepła. Śpiący do tej pory kac budzi się nagle. Udręczona wątroba wrzuca z powrotem do krwiobiegu alkohol, z którym nie dała sobie rady. Czuję jak czerwienieje mi twarz, brzękną powieki i palce. Oddech staje się płytszy i gorący. Wentylator w ścianie nad wanną huczy coraz głośniej. Wszyscy schodzący na śniadanie noszą ślady wczorajszego wieczora. Wyglądają raczej na otrutych niż dobrze zintegrowanych. Co pół roku firma jednoczy swój średni personel w podobny sposób. Niedrogi, schludny, trój gwiazdkowy hotel w nieatrakcyjnej okolicy. Dzień wypełniony szkoleniami – dzięki którym wyjazd można zaksięgować – i kawą z termosów oraz noc pełna darmowej wódki, zeszłorocznych przebojów i pokątnego, koleżeńskiego seksu. Przy Red Bull’u i kiełbasie z wody młodsi koledzy, jeszcze rozbawiani, głośno wspominają szczegóły wczorajszej integracji. Starsi raczej starają się je zapomnieć. Jadę bocznymi, mazowieckimi drogami w stronę E7. Rozpadało się na dobre. Na szybę w siekącym deszczu padają co jakiś czas rozmiękłe płatki. Pierwszy śnieg w tym roku. Wcześnie. Muszę pamiętać żeby uważać na patrole policji i na to co opowiem wieczorem żonie.

Dzień 679: Pułapka

12 marca 2009


ZYCIE NIE BUFET ZEBY TYLKO ZREC
Cały gmach wypełniony jest charakterystycznym zapachem. Mieszają się syntetyczny chłód klimatyzacji z ledwo wyczuwalną wonią starego jedzenia i środków czystości. Kamienne szerokie pasaże i podesty, dyskretne światło, cicha, łagodna muzyka. Spokój. Pusta świątynia we wczesne, środowe przedpołudnie. Chodzę niespiesznie od nawy do nawy. Do niektórych wstawiam tylko głowę do innych wchodzę i uważnie oglądam wywieszone tam relikwie. Naw są dziesiątki i setki, a ja mam dużo czasu by błądzić w ich labiryncie. Właśnie przesuwam przez dłonie purpurowy szal z miękkiego kaszmiru gdy świat zatrzymuje się na ułamek chwili. Robi się mroczno i cicho, szarzeją barwy, a serce przebija mały, ostry sopel. Wszystko trwa nie dłużej niż błysk flesza. Dokładnie tyle o ile odruch i podświadomość wyprzedzają świadome myślenie. Światło, barwa i dźwięk wracają. „.. T.. tu robisz… kolego? ..ie jesteś na tym spotkaniu…?” Nieznośnie blisko, tuż przede mną stoi przełożony. Jego jasny jak woda wzrok dosłownie zgniata mi twarz. Całe wczorajsze popołudnie rozgłaszałem po biurze, że mam rano spotkanie w Agencji. Trudne spotkanie, które być może przeciągnie się do końca dnia więc będę się starał z całych sił ale może się zdarzyć, że nie dotrę wcale do biura. Taki był plan na wyłudzenie jednego, nieprawego dnia bez pracy. „Spotkanie już się skończyło?” jego dłoń na moim ramieniu jest twarda i bolesna jak kamień. „Chodźmy, pojedziesz ze mną. Po drodze pogadamy.” Nie jestem gotowy na rozmowę, nie jestem gotowy na biuro. To miał być prywatny, mój własny dzień. Nie zabrałem niczego, ani teczki, ani laptopa, ani identyfikatora. Uświadamiam sobie, że jestem bez garnituru, w weekendowym ubraniu, jak nagi. Czeluść otwiera się pod moimi stopami, a ja idę bezwolnie w powietrzu prowadzony przez postać w ogromnej, czarnej pelerynie. Wychodzimy z galerii handlowej i idziemy w stronę parkingów.

Dzień 442: Dont Eat The Yellow Snow

26 lutego 2009


ZYCIE NIE BUFET ZEBY TYLKO ZREC
Pusta winda, którą jadę samotnie z podziemnego parkingu wypełnia się w jednej chwili. Na parterze za pięć dziewiąta panuje zawsze tłok. Wszystkie minuty wstawania, mycia zębów i pleców wyliczone są tak żeby za biurkiem usiąść dokładnie o wyznaczonej godzinie, wyliczone tak żeby w firmie, która nas karmi, poi i odziewa być codziennie tak krótko, jak to możliwe. Tracimy tu całe lata ale nikt nie chce tracić choćby sekundy porannego snu. Nosek buta wsunięty w szczelinę zamykających się drzwi irytuje. Zmieszczę się? pyta retorycznie i nikt nie odpowiada. Rozszczebiotana, przepycha się do mnie. W tłoku opiera pierś o moje ramie i gada, coś paple nachalnie. Robi mi się ciężko od zapachu jej szamponu i perfum. Winda staje na naszym piętrze, a rozmowa na tym, że musimy ją zaraz dokończyć. Mam iść prosto do konferencyjnej, ona tylko skoczy po kawę i może coś słodkiego i od razu będziemy mieli wszystko omówione. Nie lubię zaczynać dnia od spotkań. Gdy będę szedł potem z teczką i płaszczem przewieszonym przez zgięcie każdy pomyśli, że się spóźniłem. I właśnie idę korytarzem z teczką i płaszczem ale nie myślę teraz o tym co myślą inni, jestem zły. Czekałem 20 minut. Na próżno. Gdy odwieszam palto do wspólnej, działowej szafy widzę jak wychodzi z gabinetu szefa. Marszczę na nią brwi i pokazuje telefon, na którym wiele razy wybierałem przed chwilą jej numer ale ona znika pospiesznie na półpiętrze dając mi w przelocie znak „sorry nie jej wina”. Afera z pomylonymi dostawami wybucha koło południa, a ja staje się jej główną postacią. Porannej kawy i słodyczy wcale miało nie być. Potrzebowała tych 20 minut by przedstawić problem dostaw za mnie i beze mnie. Ktoś jednak wstaje wcześniej żeby przed pracą, gdy inni popychają budziki o te kilka minut sczytywać uważnie nocne raporty.

Dzień 510: Znak

19 lutego 2009


ZYCIE NIE BUFET ZEBY TYLKO ZREC
Każdy, kto przebywa w firmie nosi na swych piersiach znak. Czasem przypięty niedbale do koszuli, trochę wstydliwe skryty klapą marynarki, czasem zawieszony na ozdobnej smyczy niczym medal olimpijski upamiętniający rekordowy skok. Znaki z pozoru takie same różnią się. Są znaki wszechmogące, przed którymi otwierają się wszystkie drzwi, też na piętrze Prezesa i Zarządu, a obiad w firmowej kantynie nic nie kosztuje; są popularne, pozwalające wygodnie pokonywać trasy standardowej, codziennej krzątaniny między pionami, departamentami i działami; są specjalne do obszarów szczególnej troski, sekcji bezpieczeństwa i zaplecza technicznego oraz takie, które nie mają żadnych mocy ale oznaczają, że jest się tu tolerowanym. Bez znaku nie wolno i nie można się poruszać. Nie ustąpią żadne z 1000 szklanych drzwi dzielących gmach na liczne komórki, cywilni żołnierze ochrony patrolujący korytarze mogą potraktować cię jak mrówkę z obcego mrowiska. Znak noszę więc i ja. W tej chwili mam też drugi, ukryty niczym as w rękawie, pożyczony wbrew surowemu regulaminowi od dyrektora. Obdarzany jego zaufaniem noszę papiery do sekretariatu prezesa, a szklana brama do sekretariatu reaguje tylko na znak wszechmogący. Lubię tu być. Piętro zarządu różni się bardzo od wszystkich pozostałych. Nie jest ustawione z tanich, sterylnych, kompaktowych materiałów budowlanych i biurowych ale zostało stworzone, stworzone przez architekta wnętrz. Jest tu cieplej, idealnie cicho i miękko. Wysokiej jakości przyjemne światło oświetla ściany z ciemnego drewna, dzieła sztuki, eleganckie szlachetne w formie meble, skórzane sofy. Oaza zadumy dla sterników firmy. Często gdy zostawię już teczkę z papierami częstuje się jakimś tropikalnym owocem których stos, wystawiony na srebrnej paterze, pięknie zdobi ogromny front desk sekretariatu. Gdy jadę w ścisku windy na dół do swojego biurka bawię się nim. Owoc przyciąga wzrok innych, to dla nich znak, że byłem tam, na najwyższym piętrze.

Dzień 223: Śniadanie na trawie

13 lutego 2009


ZYCIE NIE BUFET ZEBY TYLKO ZREC
Z piątkiem wkrada się rozluźnienie. Oficjalnie przyzwolone, jako casual day i to oddolne z inicjatywy ludzi. Jednorodne garnitury i garsonki przemieniają się teraz po części w wystylizowane modne ciuchy, a po części we flanelowe kraty, polary i nieforemne kardigany. Personel akcentuje osobowość, stosunek do świata i status. W tygodniu ubiór nie jest dla mnie problemem. Ciemny garnitur, jedna z czterech koszul uprasowanych w niedzielny wieczór i odpowiedni krawat. W piątki czuje się nieswojo i sztywno w swoim luźnym stroju. W kuchence w łączniku głośne śmiechy. Giełda wieczornych planów i póki co jeszcze wielkich weekendowych zamiarów, które stopnieją w sobotni poranek pod wpływem kaca i całotygodniowego, śmiertelnego znużenia. Oto przyszedł czas wspólnego śniadania. Rozmowy milkną gdy wchodzę. Uświadamiam sobie że dziś piątek moich zakupów ,a nie byłem rano w markecie. Zatrzymany tą myślą robię nonszalancką minę, wskazuje gestem „5 minut” i idę szybko do wind. Rozluźnieni spóźnieni powodują, że program ruchu dźwigów wciąż kieruje puste kabiny bezpośrednio na dół. Muszę czekać, aż ktoś wysiądzie na moim piętrze. W sklepie na dole jest tłok i kolejka przy małej kasie, Gdy wchodzę z powrotem na biurwy korytarz z reklamówką pełną bułek, serków z wędliną i pomidorami jest zupełnie pusto i cicho. Przez grube szkło konferencyjnej widzę wszystkich. Skupionych i zapatrzonych na gestykulującego, przemawiającego nerwowo szefa pionu. Teraz on zauważa mnie i zerka na zegarek.
Zapach szynki towarzyszy mi później przez cały dzień. Unosi się spod biurka gdzie schowałem wypchaną zakupami siatkę. Nowych zadań po spotkaniu z szefem pojawiło się tyle, że nie mam kiedy do niej sięgnąć. O 20, gdy jadę w dół oparty plecami o metalową ścianę kabiny sczerstwiałe bułki i szynka w rozmokłym papierze wciąż są przy mnie, zabieram śniadanie do domu.

Dzień 78: Wesz biurowa

11 lutego 2009

ZYCIE NIE BUFET ZEBY TYLKO ZREC
Przed chwilą było to zwykłe, cotygodniowe spotkanie. Nużąca relacja z postępu prac, nad tuzinem standardowych projektów. Kiepska kawa z termosów, paczka ciastek. Przekładanie terminów, żarciki, pełne zrozumienie chwili, ciepło, mrocznie i sennie. Jedaka teraz dzieje się rzecz, której nie rozumiem. Na moich oczach jeden z projektów nagle rozrasta się, pęcznieje i wzdyma. Rozrywa bezpieczny kokon utkany z zeszłorocznych schematów, wyłazi z niego jak Obcy. Ktoś zapala więcej świateł, ktoś przynosi więcej kawy. Ktoś na białej tablicy robi mazakiem notatki, kreśli i ściera schematy. Zebrani z rozognionymi szyjami, błyskiem w oczach przekrzykują się wzajemnie, mnożą pomysły i wątki. W niespodzianej i nie na miejscu w poniedziałkowe popołudnie euforii promują siebie i swój intelekt. Z każdym rozbłyskiem ego w projekcie przybywa prac do wykonania. Kule się pod ich naporem. Jest już za późno. Przegapiłem moment, w którym można było dyskretnie zawrócić temat w bezpieczne standardy i marazm, a teraz nie mam dowagi zrobić to wyraźnie i jawnie. Od dawna boje się zdemaskowania. Boje się, że moja wielka obojętność, coraz gorzej skrywana niechęć do robienia czegokolwiek wyjdzie teraz na jaw, i że dłużej nie będzie mi dane karmić się sokami firmy. Nie słucham wywodów, gubię ich sens. W odrętwieniu skupiam się na szefie siedzącym w rogu sali. Przytakuje, energicznie kiwam głową na każde jego „Yes!” i na każde jego podniecone „Wow!”. Z czasem od ciągłego przytakiwania zaczyna kręcić mi się w głowie, czoło mrowi zimnymi igiełkami, krew odpływa spod skóry. W krzywym zwierciadle wielkiego, metalowego termosu, który stoi przede mną na stole widzę jak moja twarz robię się blada, tak blada, że aż zwraca to czyjąś uwagę.